Cypr, wyspa miłości i słodkiego wina

Cypr, wyspa miłości i słodkiego wina

Cypr od jakiegoś czasu był na mojej liście krajów, które chciałabym odwiedzić. A jako, że jest grudzień, chciałam jechać do miejsca ciepłego, za to koniecznie w Europe. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że Cypr to miejsce narodzin bogini miłości i słodkiego wina. Bo już na tą myśl może zrobić się gorąco. Ale od początku.

Grudzień. Zimno, ale to oczywiste. Muszę przyznać, że jesień w Polsce nas rozpieściła. To tego stopnia, że nie chciało się jej wypuścić z ramion. W końcu odpuściłam tym lekkim sweterkom, słoneczku, pozwoliłam odejść jesieni. W końcu też wyciągnęłam te wełniane skarpety z kartonu schowanego, gdzieś głęboko w szafie. Nawet już kupiłam choinkę, w doniczce, bo po co pozwalać drzewku umrzeć, jak juz nie będzie wyglądało dobrze w salonie. 

Siedzę tak sobie w tych wełnianych skarpetach z kubkiem gorącej czekolady w ręku, patrzę na tą swoją nieubraną choinkę, no przecież muszę jeszcze kupić bombki, a tu nagle telefon. @VisitCypruscom czyli organizacja turystyczna Cypru zaprasza mnie na Cypr, a wyjazd jest za 5 dni.

Już prawie ściągałam te skarpety i pakowałam bikini. Ale czekaj, jest grudzień, i pomimo, że na Cyprze jest do 20 stopni to raczej w Morzu sobie nie popływam. Bikini i tak zajmie swoje miejsce w walizce. A co, tak na wszelki wypadek. 

Ale muszę Wam to powiedzieć. Strasznie się stresowałam tym wyjazdem, bo tak mało czasu do przygotowania, bo dawno już nie wyjeżdżałam z grupą, oczywiście zaczęło się narzekanie. W takich momentach, zawsze pamiętam słowa mojej przyjaciółki, która mi powiedziała kiedyś, że takie imprezy, przed którymi się najbardziej niepokoimy, okazują się najbardziej udane i niezapomniane. I powiem, zawsze skrycie w duchu serca w to wierzę.

Z doświadczenia pewnie wiecie, że czas szybko mija, tak też było w moim przypadku. Zanim się obejrzałam, byłam już spakowana, na lotnisku czekając na grupę, z którą będę odkrywać Cypr przez kolejne 5 dni. 

Pierwsza podeszła do mnie Basia, pytając czy czasem nie jadę na Cypr z grupą. Jakże byłam ucieszona tym faktem, bo po 15 minut czekania, nikt się nie zjawił, wydawało mi się, że już coś oczywiście pokręciłam. 

Poza tym oczywiście nie była by to już tradycja, gdybym nie została dodatkowo sprawdzana przez kontrolę. Komu tak często się to zdarza jak mnie? Za każdym razem, czy ja po prostu wyglądam podejrzanie? 

Oczywiście dotarliśmy na Cypr w jednym kawałku, i nawet kontrola paszportowa i odebranie bagażu nie zajęły więcej niż 5 minut. Prawdopodobnie rekord w całej mojej karierze podróżniczej. 

Ja już trochę przysypiałam w naszej drodze do hotelu w Protaras, oddalonego ok. jednej godziny od lotniska. W końcu dotarliśmy do hotelu Blue Ivy, w sumie chyba jedynego otwartego w tym sezonie w całej okolicy. Na nogi postawili mnie goście hotelu, głównie emeryci, którym energii mógłby pozazdrościć niejeden nastolatek. Ja oczywiście też wliczałam się do tej grupy zazdrosnych, jako że sama już wyobrażałam siebie w ciepłym łóżeczku. Jedno jest pewne, jak będę emerytką to tak chciałabym spędzać mój czas.

Rano tylko otworzyłam jedno oko, po to żeby sprawdzić jak wygląda sytuacja wschodu słońca i muszę przyznać, że nie wyglądała ciekawie. A jako, że nic nie zapowiadało, że chmury sobie pójdą, to postanowiłam jeszcze chwilę sobie poleżeć w łóżeczko. W końcu przed nami bardzo intensywne 4 dni, więc trzeba gromadzić energię. 

Kawka, śniadanko i w drogę. Już bez kurtki, którą miałam na sobie kiedy przyjechałam z Polski. Pierwszy przystanek seafront of Protaras, area of Cavo Greco. Następnie jedna z najlepszych plaży na świecie pod względem czystości i bezpieczeństwa- Nissimi. Słoneczko wyszło, zrobiło się ciepło. Zima w Polsce była już tylko wspomnieniem poprzedniego dnia. Ten tydzień dedykuję Cypryjskiemu Słońcu. Tyle w temacie. 

Z powyższych miejsc, moim ulubionym  stał się klasztor w Agia Napa, a dokładnie jego historia. Otóż klasztor ten miał być miejscem chrześcijańskiego kultu już w czasach bizantyjskich. Zgodnie z legendą, pieczara na terenie klasztoru została odnaleziona przez psa myśliwego, a w niej ukryta była ikona Matki Bożej. Możliwe, że ikona została ukryta w tejże pieczarze w czasach ikonoklazmu, a coraz więcej wiernych z tego względu zaczęło odwiedzać pieczarę.

Klasztor został natomiast wybudowany później, bo za czasów władania Cyprem przez Turków Otomańskich. To wtedy córka weneckiej rodziny arystokratycznej ukryła się w pieczarze, gdyż nie mogła wyjść za mężczyznę, którego kochała. Z czasem, za  własne pieniądze wybudowała też tu klasztor. I tak to powstała romantyczna legenda prosto z  Cypru.

Ale oprócz legend, Cypr jest miejscem związanym z samą mitologią. To tu Afrodyta, grecka bogini piękna i miłości wyłoniła się z piany. My to miejsce odwiedziliśmy. Co niektórzy, włącznie ze mną, znaleźli nawet kamyki w kształcie serca ( a przynajmniej mocno w to wierzymy). Zgodnie z wierzeniem, kamyk taki należy podarować ukochanej osobie, tak by kochała nas na wieczność ( i w taki oto sposób można kogoś zauroczyć, moi drodzy). 

Oczywiście jest jeszcze jedno miejsce, w Pafos, gdzie oprócz przepięknych mozaik, roztacza się kamienista plaża. Morze tu było wzburzone, tak jak niegdyś podczas narodzin bogini piękna, “wypluwając” na brzegi przeogromne ilości piany. Niedziwne, że owa Afrodyta, a przynajmniej rzeźba Afrodyty, nie przypomina w niczym, tej bogini piękna, którą mamy w wyobraźni. Ale to możecie ocenić sami jak już tam będziecie, bo ja z wrażenia nie zrobiłam zdjęcia.

Po drodze odwiedziliśmy CyHerbia Votanical Garden, gdzie mogliśmy studiować lokalne zioła i rośliny. Poznaliśmy też niektóre tajniki ich zastosowanie w medycynie naturalnej. Oczywiście zasmakowaliśmy rownież ziołowej herbatki. Nie wiem na co, oraz czy zadziałała, ale była nawet smaczna. 

Przyszedł też czas na nasz pierwszy cypryjski posiłek, na który tak bardzo czekałam. Jak wiadomo, kuchnia jest odbiciem kultury danego kraju, przynajmniej dla mnie ma to wielki sens. Tak też jest w kuchni cypryjskiej, która ze względów historycznych ( Cypr jest krajem z wpływami m.in. kultury egipskiej, greckiej i tureckiej.

Podczas lunchu w klimatycznej restauracji Stou Roushia w Larnace, po raz pierwszy, mogliśmy spróbować tradycyjnych cypryjskich dań. A było tych dań wiele. Nie martwcie się, daliśmy radę. To był nasz pierwszy dzień, więc chcieliśmy spróbować wszystkiego. Dania były podawane systematycznie, dzięki czemu nasz obiad potrwał nieco ponad dwie godziny. Przy smacznych daniach, dobrym winie i co najważniejsze, wyborowym towarzystwie, czas szybko minął.

I tak upływały nam wszystkie posiłki przez cały nasz pobyt. Czasami zdarzył się też dobry widok przy rybnym meze. 

Meze, to w popularne w różnych kulturach, nie tylko cypryjskiej czy greckiej, zestaw dań i przekąsek, czyli sery, mięsa ryby i warzywa.

Jeśli już jedzenie, to było również wino. Przyznam się Wam, że wina było dużo. Niestety nie zawsze było Cypryjskie, a te jest naprawdę wyśmienite. I tak mieliśmy okazję spróbować lokalnych trunków podczas pokazów wina w Ktima Gerolemos w cudownej wiosce Omodos. Bardzo polecam spacerek w tym miejscu, tak po prostu.

Tu niedaleko też znajduje się piękny Kościół wpisany też na liście zabytków Unesco.

W pobliskiej wiosce – Arsos, odwiedziliśmy również tradycyjny dom agroturystyczny Arsorama, w którym po prostu się zakochała. Mieszkania są tam urządzone w ciepłym klimacie, a właścicielka dopilnowała, żebyśmy poczuli się jak w domu, częstując nam przepyszną kawą i domowymi wypiekami. Całość dopełniła pięknie udekorowana choinka, przybliżając nam klimat świąt. 

Ale miałam pisać o winie, a te pochodzi z Cypru. Prawda jest taka, że najstarsze znane nam wino z  nazwy to Commandaria. Wino to jest słodkie, deserowe, i produkowane z winorośli zarówno czerwonych i białych i po zbiorze jeszcze suszone przez ok. 2 tygodnie. Potem jeszcze sobie fermentuje  przez 3 miesiące i leżakuje przez dodatkowy rok. Hmmm, to na winko jeszcze sobie poczekamy ( trochę co prawda spróbowaliśmy w Muzeum Wina w Erimi), a tym czasem trochę więcej o oliwie i halloumi. 

Halloumi jest lokanym serem wyrabiany z mleka koziego, owczego i czasami też krowiego. Nie tylko mieliśmy okazję spróbować halloumi, ale również zobaczyć cały proces powstawania sera.

W osobnej fabryce, obserwowaliśmy również całą produkcję oliwy z oliwek. Szczerze, nie wiedziałam, że oliwa również jest produkowana na Cyprze. Teraz wiem, niestety brak miejsca w walizce nie pozwolił mi zabrać świeżo wyprodukowanej oliwy ze sobą z powrotem do domu, czego bardzo żałuję.  

Oczywiście była jeszcze wyprawa do Avakas George i zbieranie bananów. Było również smakowanie bimbru u Stowarzyszenia Kobiet we wiosce Skarinou. Miejsce te może się pochwalić świetnymi lokalnymi wyrobami.

Zwieńczeniem naszej podróży był zachód słońca na Plaży Gubernatora. I tak jak słońce zniknęło z horyzontu, tak my, kilka godzin poźniej, opuszczaliśmy wyspę miłości, trzymając w garści tylko już wspomnienia ( i torby lokalnych wyrobów, jeśli ktoś miał miejsce)

Ale żadna wyprawa nie będzie niezapomniana, jeśli przebywam w nieodpowiednim towarzystwie. Oczywiście, na tej wyprawie towarzystwo było przednie. Tego też Wam i sobie życzę na każdym wyjeździe.